Ukraina. Spojrzenie retrospektywne

O Ukrainie już pisałam:

https://aleblogowanie.wordpress.com/2009/04/17/w-gorgany-i-czarnohore/

       Po latach, nawet nie pamiętam ilu, znów przekroczyłam wschodnią granicę. Sprawnie i kulturalnie. Żadnej kolejki. Odprawa niemal z marszu. Poprzednio bywało inaczej. W czasach PRL jeździło się do Związku Radzieckiego po rąbankę. Szczególnie przed Bożym Narodzeniem, bo oprócz mięsa, na święta kupowało się także ozdoby choinkowe, chałwę, cukierki na choinkę.

Fajnym czasem na „przemyt” były też dni przed Dniem Zwycięstwa. Z okazji tego święta mniej skrupulatna była kontrola graniczna. Dało się przewieźć bez cła nawet telewizor kolorowy, rower, kołdrę, no i przede wszystkim mocne lniane prześcieradła. Prześcieradła były „obowiązkowe”.

       Trafił się bardzo upalny maj. W torbie ćwiartka rąbanki.  Niektórzy to i połówkę świni taszczyli. Mięso oddzielone od kości, poprzekładane listkami pokrzywy, wszystko zawinięte w prześcieradła namoczone octem, żeby się mięso nie popsuło. W wagonie gorąco, ale wesoło. Ludzie piją lemoniadę (przynajmniej tak butelki wyglądają lemoniadowo), po której coraz weselsi się robią. Nagle pociąg zatrzymuje się przed samą granicą. Stoi godzinę, dwie, pięć, osiem, dziesięć, dwanaście…  Duchota. Nie wolno otwierać okien i drzwi.  Prześcieradła na mięsie wysychają. Jeśli nie zdobędziemy octu, nie będzie schabowych, wędzonej szynki, domowej kiełbasy i pasztetu. Ale nie ma szans. Teren przygraniczny. Żadnych sklepów. Już nawet lemoniada nie poprawia nastroju. Jutro Dzień Zwycięstwa. Jak nas dzisiaj nie przepuszczą przez granicę, to postoimy dobę, jeśli nie będą świętować trzy dni.

Pokazują się mundurowi na nasypie po obu stronach pociągu. Prędko wśród naszych zawiązuje się komitet negocjacyjny, zbiera do czapki pieniądze i udaje się na rozmowę z mundurowymi. Tłumaczą coś, gestykulują, zapewniają, że my toże chcemy świętować, że jutro Dzień Zwycięstwa i budiem doma wasze zdorowie pit, mięso nam się popsuje, a tam riebionki w Polszie czekają… etc… etc… Wreszcie ostateczny argument – ten z czapki.

Pociąg ruszył.

Razem z „pokrzywową” rąbanką przewiozłam wtedy przepiękne stare ramy do obrazów. Jak?  Zwyczajnie. Wystarczyło Lenina w nie oprawić i wiozło się bez problemu.  A jak po ramieniu klepali, mało medalu nie dali.

A teraz? Aż dziw, że na granicy nikt nie pyta o ilość przemycanych spodni i gumy balonowej na handel. Wymienia się po prostu walutę na hrywny czy to w oficjalnym kantorze granicznym, czy u ”konika” stojącego przy drodze.

Bezkres nagiego krajobrazu ten sam. Nie ma wiosek? Nie ma miast? Tylko droga i nic… No, niezupełnie. Są słupy i linie energetyczne psujące widoki.  Ale to wina Lenina.

Droga i bezkres…

Nowe stacje benzynowe.

Budowy i przebudowy z rozmachem. Dają radę? Bez pomocy Unii?

I bezkres…  I droga…

Dobra droga… na Euro 212.

 

 I bezkres… I przestrzeń…

 Zapraszam do galerii.

https://get.google.com/albumarchive/114175338512708624226?source=pwa

41 uwag do wpisu “Ukraina. Spojrzenie retrospektywne

  1. Byłam na Ukrainie w latach 80-tych, Pochodziłam po Lwowie szukając polskich akcentów. Było świetnie, ludzie mili chętni do pomocy. Rosyjskim władałam w stopniu wystarczającym co też ułatwiło sprawę. Potem pojechałam do Użgorodu. Okolice piękne, ludzie nadal mili ale bieda piszczała na całego. I nie było już tak świetnie. Ogólny marazm i zniechęcenie, brak nadziei na poprawę losu. Myślę ,że sporo się zmieniło na lepsze od tamtego czasu. Zdjęcia z galerii są świetne. Chętnie obejrzę pozostałe.Pozdrawiam serdecznie

    • Hanno, na Ukrainie lepiej rozmawiać po polsku albo ukraińsku. Poczucie narodowościowe na Ukrainie jest wielkie. Chętniej słyszą język polski od rosyjskiego.Zdjęcia sukcesywnie obrabiam, a właściwie głównie obcinam głowy i łokcie, które weszły w kadr. Przy ukraińskich perełkach tak dużo turystów, że zawsze ktoś znajdzie się w kadrze. A powrócić do poprawki nie ma czasu, gdy trzeba jechać dalej.

  2. Ech, to były czasy…. choć osobiście przemytem się nie zajmowałam / fajtłapka byłam…/ to same opowieści o tym były wielce podniecające. A argumenty „z czapki”…. och, jak to ułatwiało życie… Takie proste rozwiązanie pozwalające zerwać z biurokracją! Nikt tego nie opatentował? Szkoda.Wiesz, Ukraina daje radę bez Unii ale jakim kosztem? Ta droga to ponoć jedyna na Ukrainie … Nie da się porównać chyba z naszą „polską w budowie”.

    • Bet, peerelowskie Matki Polki potrafiły sobie radzić. Bliskość granicy, za którą mięsko, chałwę, kawior nawet i inne dobra można było kupić i w dodatku dużo taniej, niż tu z drugiej czy trzeciej ręki… kusiło. Zamiast narzekać, że na karki, czy nie ma w sklepie… jechało się… i potem wędziło szyneczki i kiełbasy …Trudno mi porównać do „Polski w budowie”, ale ukraińskie budowy robią wrażenie. Dużo ich. A największe wrażenie zrobiła na mnie droga – 550 km cały czas prosto (nie licząc małych luków) oraz prowadzenie dróg poza miastami i wioskami, więc nie ma tłoku i korków. Tyle tylko, ze może się znudzić jazda krajobrazowo.

  3. Najbardziej do przemytu to ja sie nadaję.Nasza wioska w górach znajduje się blisko granicy czeskiej.Kiedys tam sie jechało po wiele rzeczy.Głównie wódka.Ja raz na rok robiłam zapas wódki, którą przetwarzałam na ajerkoniak.Był na jedne i drugie święta i jeszcze na inne okazje.Alkoholu praktycznie nie pijam, ale ajerkoniak należy przede mną chować.Bralismy w zasadzie tyle ile wolno, no może przekraczając dopuszczalność o dwie butelki.Na granicy celnik mnie się pyta co wiozę.-Jak zawsze-odpowiadam szczerze-alkohol.Ten podkoczy łi dalej rewidować.W paszport patrzy, a tam ostatnio przekroczona granica rok temu , a wcześniej dwa lata.W torbie też cudów nie było.Tłumaczyłam mu później co znaczy jak zawsze.

  4. Elu, ukraińskie zdjęcia przecudne, nigdy tam nie byłam, więc chłonę i bardzo mnie polonica interesują. Ale cieszy też sytuacja na granicy, widać że na wschodzie też już normalnie. Pozdrawiam bardzo serdecznie.

    • Nolu, o kolejkach na granicy słyszy się jeszcze. My mieliśmy szczęście trafić na dzień przed lustracją przejścia granicznego przez najwyższą osobistość, więc dbali o płynność ruchu i stałą przepustowość.

  5. Zdjęcia kijowskie super (no, może minimalnie bym zdjął niebieski filtrem, albo Kelvinem). Natomiast nigdy bym nie podejrzewał, że jeździłaś po rąbankę? Ja jeździłem po dolary i aparaty (chyba Kijev 80, lustarzanka 6×6). „Czapkowe” potwierdzam, było obowiązkowe. Czy wojskowi teraz też biegają z paszportami, czy może już nauczyli się normalnie chodzić?

    • Anzai, nigdy nie korzystałam z filtrów przy obrabianiu zdjęć. Może w aparacie można też było ustawić balans bieli? Właściwie to tylko obcinam ze zdjęć to, co niepotrzebnie weszło w kadr lub rozjaśniam ciemniejszy fragment zdjęcia, by wyeksponować n.p. malowidło na ścianie, które w głębokim cieniu – wyszło czarne. Z jednej strony to może i dobra ta „niebieskość” bo oddaje wygląd rzeczywisty… tak tam prawie wszystko na niebiesko…Aparaty, o których piszesz, sprzedawało się potem w Palermo. To pozwalało za darmo a nawet z zarobkiem zwiedzić Włochy w owych czasach.Najlepsza przebitka jednak była na zwykłych termometrach do mierzenia temperatury pod pachą. Kosztował 1 zł na złotówki, a dostawało się w przeliczeniu jednego dolara w Palermo. Oficjalny kurs w Polsce wtedy – 1 bon to 90 – 95 zł.Nie widziałam biegających „czapkowych”, a może po prostu nie zwróciłam na to uwagi.

      • Balans masz poprawny. Co do niebieskiego to prawie każdy aparat z wbudowanym fleszem ma odchylenie w tę stronę (aby zdjęcia w świetle sztucznym nie wychodziły na pomarańczowo). Ale nie każdy aparat ma regulację Kelvina. Dlatego przy pełnym słońcu warto odciąć ten niebieski, bo wtedy pojawia się przeciwstawny żółty i jest O.K. Tak, te Kiev’y szły na zachodzie, ale miały silną konkurencję Praktisixa, i Pentaconsixa. Ja je rozprowadzałem wśród znajomych fotografików. Masz też rację, że najlepiej się wychodziło na drobnicy. Kolega załadował do pociągu 3,5 tony wypalanych glazurowanych płytek ceramicznych. Paczki prozrzucał po przedziałach i w przejściach między wagonami. Udało mu się! Cena 1 płytki to 24 kop. a w Polsce ok. 60 zł. (0,5 dol.). To był przemyt jego życia, potem już nie jeździł. Co do mięsa to przywoziłem (chyba z Gruzji) polędwicę z osła, droga 32 rb/kg. Wyglądało to jak lak, ale po skrojeniu cienkich jak kartka plasterków i zalaniu ich bulionem następnego dnia robiły się z tego całkiem pokaźne płaty mięsa. Taki lak mógł miesiącami leżeć w suchym miejscu i nie tracił na jakości.

        • Ech… to były czasy. Najważniejsze, że ludzie potrafili sobie radzić. I o to chodzi, by żyć i przeżyć…Ale te kafle to mnie rozbroiły, no, no… ho, ho…

    • Ależ Bob, niewinność nie oznacza przecież, że własną rodzinę się głodzi. Trzeba było sobie radzić w trudniejszych czasach. A i kolorowy telewizor chciało się mieć 😉

  6. Skoro mają takie bezkresy, nie muszą budować stadionów. Mecze na świeżym powietrzom blisko natury – to byłaby prawdziwa innowacja! A kibice mogliby sobie zrobić piknik.

    • Hi, hi… dobry pomysł. Ja w zasadzie nie wiem, po co w ogóle te stadiony… Nie tylko na Ukrainie. Także u nas. Potem stoją puste i zżerają pieniądze na utrzymanie.

  7. Dziękuję za miła wycieczkę. Właśnie kończę jeść ukraińskie cukierki, które przywiozła mi koleżanka z Bieszczad. Jeździ raz w tygodniu do nich po benzynę i słodycze, bo tanie. Ogromnie żałuję, że dzieli mnie tysiąc kilometrów od granicy z Ukrainą. Bardzo chętnie posłuchałabym znajomej mowy i przyjrzałabym się targowiskom, które niedawno pokazywali w telewizji. Kiedyś jeździliśmy w Bieszczady przez Ukrainę, bo innej drogi nie było, pociągiem oczywiście, prze Hyrow. Dziwne dla nas było to, ze na granicy nasz pociąg eskortowali żołnierze z psami . A dziś jakie mamy inne czasy.Pozdrawiam serdecznie.

    • Jagoda, ładnie to nawet mało powiedziane. Ten wyjazd to… coś niewyobrażalnie pięknego. Nie przypuszczałam, że na Ukrainie zobaczę aż takie perełki.

  8. Nie będę tu już bałakał,że Elżunia- Elunia..Nie będę!!! Dałem słowo!!! Ale jak mam do Ciebie się zwracać??? Al Ello czy Al Ellu??? Wysłałem pismo do prof.-językoznawcy Bralczyka Czekam na odpowiedź..

  9. Nie będę tu już bałakał,że Elżunia- Elunia..Nie będę!!! Dałem słowo!!! Ale jak mam do Ciebie się zwracać??? Al Ello czy Al Ellu??? Wysłałem pismo do prof.-językoznawcy Bralczyka Czekam na odpowiedź..

    • Pan profesor Bralczyk zapewne mówiłby tak, jak ja sobie życzę, hi, hi… czyli z ‚u’ na końcu, a nie ‚o’, o! Chyba tylko nieliczni mawiają Elo (widzę, że nawet komputer podkreślił na czerwono wężykiem). A swoją drogą i tak na poważnie, to jeszcze jedno utrudnienie językowe, bo: Elu, Aniu, Zosiu, Krysiu, ale: Zofio, Grażyno, Krystyno, Elżbieto.

  10. Znam Ukraine z końca lat osiemdziesiątych. Niczego nie prfzerysowalas, tyle , że ja jeździłam pociągami i już w Dniepropietrowsku byłam pod wrażeniem ogromu. Słyszałam ilu robotników padło przy budowie metra w Kijowie. Latałam po ichnich uniwermagach. Tak jakoś mi się wydaje , ze teraz te drodi budowane sa też ogromnym kosztem substancji ludzkiej. Może to xle określiłam ale sorry jak sie mylę. Pozdrawiam. Vale!

    • Andante, trudno mi powiedzieć, jakim kosztem odbywają się te budowy drogowe. Po prostu nie wiem. Ale przyznać muszę, że robią wrażenie solidności i dobrej organizacji.Metro kijowskie nie równa się moskiewskiemu kunsztem.Jest naziemno – podziemne. Dziwnie tak – wyjątkowo, bo wsiadam na powierzchni, by potem, po drugiej stronie Dniepru wjechać w dziurę w tą wyższą część miasta.

  11. Och… jaki ten „bezkres” jest inspirujący…tak by się chciało tam gnać, gnać…galopem! Wspaniale jest widzieć i czuć taką przestrzeń. Aż się podniosłam na krzesełku.

      • Teraz widzę wyraźnie jak prawdziwe są słowa piosenki: „w stepie szerokim…którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz….” Tam naprawdę tak jest!

        • Otóż to Bet. Pięknie to ujęłaś.Pobyt tam uświadomił mi, że nie rozumiałam w pełni słów piosenki, a prawdę mówiąc nawet się nad nimi nie zastanawiałam. Podobnie z „Sonetami Krymskimi”.

  12. Aż się chce „Sokoły” zaśpiewać na ten widok, albo jakieś „W steeeeepie szerooookim…” :)))) Raz byłam, za czasów wiadomych i prędko tam nie pojadę. Się zraziłam. Ale pamiętam np. jak wtedy robiło się u nich drogi: na środek jezdni sypano taki dłuuuugi pagórek ze żwirku bardzo gruboziarnistego. Po bokach lano asfalt, smołę czy coś podobnie wyglądającego. I wtedy do akcji wkraczały panie z grabiami, które przegarniały ten żwir na asfalt. Po przejechaniu „nową” drogą konserwacja spodu auta gratis. My jechaliśmy maluchem, któremu uchylało się tę klapę przy silniku, potem tam też znajdowaliśmy żwirek… No i trafiliśmy na objazd, bo remont był. Mieliśmy prowiant w postaci m.in. jajek surowych – po objeździe żółtka wymieszały się z białkami…:))))

    • Magdaleno, ależ to ciekawy sposób budowy drogi. Grabiaaaaaaaaaaaami? Hi, hi…Nie widziałam też jajek, w których żółtka z białkami są wymieszane. Wystarczy dosypać cukru i kogel mogel gotowy 😉

  13. Pingback: Kijów-Odessa-Krym-Lwów | alE blogowanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s